C.d urlopu - Jastarnia 07.
Na przełomie sierpnia i września mój kuzyn Wojtek zamówił na dwa tygodnie praktycznie mieszkanie. Był to parterowy dom prawie w centrum miasta. Od frontu mieszkali gospodarze, ale od tyłu było samodzielne, niezależne wejście do dużego mieszkania. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Mieli jechać ze swoimi dziećmi, ale dzieci wyjechały zagranicę, a ponieważ było to mieszkanie, więc trudno było dokoptowywać kogoś obcego, dlatego zaproponowali ten pokój mnie. Ponieważ nie miałam innych planów przyjęłam.
Pierwszy tydzień „odpoczywałam” po poprzedniej części urlopu. Wejście na plażę było obok latarni morskiej a tuż przy wejściu na nią był piękny „Dom Zdrojowy”, w którym przede wszystkim interesował mnie basen i jacuzza. Tam chodziłam prawie dwa razy dziennie „liżąc” siniaki po „Czerwonym Piekiełku” w Hamburgu. Ale już od czwartku zaczęłam szukać innej formy spędzenia czasu. Chciałam pożeglować. Byłam w porcie jachtowym w jastarni, byłam we Władysławowie. Okazało się, że nie ma nigdzie wolnych miejsc. Podczas sobotniej kolacji z gospodarzami troche się na ten stan poużalałam. Wówczas gospodarz zaproponował mi zamianę żagli jachtowych na żagiel na desce. Pojechałam w niedzielę na rozpoznanie tematu i już w poniedziałek byłam na kursie. Okazało się, że w Jastarni jest Szkoła Zdrowia - Centrum Windsurfingu „Draga”. Szefem, a jednocześnie właścicielem szkoły jest Lech Powolny - doktor nauk o wychowaniu fizycznym, pracownik AWF Katowice. Kadrę szkoleniową stanowią licencjonowani instruktorzy, absolwenci i studenci AWF Katowice. Miejsce szkolenia - Jastarnia, Zatoka Pucka (na prawo od molo). Jedno z najlepszych miejsc do uprawiania windsurfingu w Europie. Kilka kilometrów kwadratowych płycizny o głębokości do 1m, z płaską i ciepłą wodą, piaszczystą plażą, stabilnym i równym wiatrem stwarzają rewelacyjne miejsce dla początkujących i liczących na szybkie postępy w nauce zwolenników windserfingu. W poniedziałek o dziewiątej zameldowałam się u kierownika szkoły, wypożyczyłam odpowiedni sprzęt i przy pomocy instruktorów zaczęłam naukę pływania na desce. Instruktorami okazali się być studenci 4 roku AWF-u Katowice, którzy w ten sposób odbywali praktyki studenckie. Ponieważ miałam obycie z wodą i żaglami, a do tego niezłą sprawność fizyczną już trzeciego dnia umiałam sama utrzymać się na wodzie i robić podstawowe zwroty. Przy pomocy tych studentów robiłam szybkie postępy i pod koniec tygodnia już sobie nieźle radziłam. Ale 8 września kończył się czas naszego pobytu w Jastarni, a mnie się dopiero teraz zaczęła podobać ta zabawa. Los mi sprzyjał. Okazało się, że mieszkanie nie jest wynajęte i mogę na jeszcze jeden tydzień swobodnie zostać, w pracy miałam umówiony urlop do 15 września więc nie było problemu. Tym sposobem zostałam na następny tydzień. W środę, kończąc zajęcia zaprosiłam do siebie „ na kawę” trzech instruktorów – Andrzeja, Marka i Wieśka, którzy się w szczególny sposób mną zajmowali i pomagali. Tutaj kilka słów wyjaśnienia, co to znaczy w szczególny sposób mną się zajmowali. Ponieważ mam taka a nie inną figurę, na dodatek byłam już troche opalona, więc w pierwszej chwili potraktowali mnie jak „małolata”. Podszedł Andrzej, zapytał, jak mam na imię i „waląc” mi po imieniu pokazywał wszystkie zasady stania na desce, operowania żaglem i bomem. Po dwóch godzinach ćwiczeń na lądzie przeszliśmy na wodę i podtrzymując mnie coraz częściej pozwalał mi samej płynąć. Zorientował się, że mam wyczucie wiatru i już po godzinie sama stałam na desce. W tym momencie on wziął swoją deskę i płynąc obok mnie cały czas instruował, co mam robić. Pod koniec porannych zajęć już swobodnie utrzymywałam się na wodzie, nie przewracając się robiąc nawrót. Zajęcia popołudniowe to dalsze doskonalenie pod czujnym okiem Andrzeja. Pływając, dyskutowałam z nim o sprzęcie. Wszystko miałam wypożyczone oprócz własnej bielizny, koszulki i ciepłych rajtuz. Dlatego chciałam się zorientować, ile by mnie kosztowało nabycie takiego amatorskiego sprzętu. Okazało się, że jest to w granicach moich mozliwości finansowych, więc umówilismy się, że następnego dnia pojedziemy do zaprzyjaźnionego sklepu w Gdyni i dokonamy zakupów. Przyszłąm we wtorek, a Andrzeja nie ma. Pytam kierownika, co się stało i gdzie jest, a on się śmieje. Zapisując się na kurs okazałam swój dowód i kierownik wiedział, ile mam lat. Widząc, jak Andrzej mnie traktuje tylko się śmiał, a po zajęciach powiedział mu, z kim miał do czynienia. Że nie jest to żaden małolat tylko dojrzała kobieta, więc teraz się przestraszył. Ale ja się jego nie przestraszyłam, poszłam na zaplecze, wyciągnęłam za uszy, dałam grzecznościowego buziaka i pojechaliśmy po sprzęt. Pojechał z nami również Marek, obróciliśmy w miarę szybko, tak, że zdążyłam na popołudniową sesję zajęć. Tym razem już ubrana we własny kostium zaczęłam coraz śmielej poczynać sobie na wodzie, do tego stopnia, że w połowie drugiego tygodnia udawało mi się nieźle pływać, nawet kiedy wiała piątka. Tutaj szczegółne zasługi w instruktarzu miał Wiesiek. Dlatego uznałam, że chłopakom należy się podziekowanie. Przyszli we dwóch – Andrzej i Marek. „Zrobiliśmy” jedną „Finlandię”, oczywiście sprowokowałam ich i odbyliśmy po jednym zbliżeniu. W czwartek przyszli już we trzech i też „po małej wódce” odbyłam zbliżenie z każdym. W piątek przyszli też w komplecie, bo przyszedł czas podsumowania, wypiliśmy trochę wódki i miałam przynajmniej po trzy zbliżenia z każdym. Było fajnie i wesoło. Tak skończyłam „planowy” urlop roku 2007. 09 września 2007r, Baśka, baska45@poczta.onet.pl






